Hey:)
Nikollcia---Cieszę się, że jednak się zdecydowaliście

Zaraz wpiszę Cię na listę
A jeśli chodzi o nas, to jest tak...:
Ja przez moich rodziców, a szczególnie mamę, nabawiłam się nerwicy lękowej

Okropna choroba, a raczej jej objawy

Ogólnie na co dzień jestem normalną, spokojną raczej osobą, wszystko jest ok

Pierwsze objawy pokazały się na próbnej maturze, kiedy to na każdej z trzech, które miałam zemdlałam

No to oczywiście lekarz, badania, pytania i diagnoza...Od tamtej pory było już tylko gorzej, nie mogłam iść do szkoły, do sklepu, na miasto dosłownie nigdzie, gdyż wiedziałam, że zaraz będę mdlała...Tak naprawdę jest to tylko wyobraźnia i moja głupia psychika, ale ciężko jest wygrać szybko z tą paskudną chorobą

Dostałam masę leków i trochę się poprawiło, zaczęłam chodzić do szkoły, ale też nie zawsze, bo czasem wstałam rano i nie dawałam rady

W nocy budziłam się cała roztrzęsiona z myślami, że umieram

Maturę w maju zdawałam sama, w oddzielnej sali, cały czas był przy mnie lekarz...Zdałam

Później już niby było z górki, skończyła się szkoła, przestałam brać leki i myślałam, że jest super...Ale długo super nie było...Zaczęłam dostawać "ataków" (tak nazywam moje omdlenia, którym towarzyszą okropne uczucia) dosłownie wszędzie, na koncercie, w sklepie, w domu...I znowu leki i lekarze

Zaczęłam starać się o rentę, bo tak kazał mi mój lekarz...Nie nadawałam się ani do pracy, ani do szkoły...Niestety ZUS nie dał mi renty, więc się odwołałam, ale i to nie pomogło...Teraz sprawa jest w sądzie i zobaczymy co tam postanowią...Od października mieszkamy razem, sami, niby jest trochę lepiej, ale nadal jestem na silnych lekach...Zaczęłam opiekować się dziećmi, przy nich czuję się wspaniale, jakbym odżyła...
Trzy tygodnie temu byliśmy u bardzo dobrej Pani neurolog w Łodzi. Dla pewności zapytałam się Jej, czy w moim obecnym stanie zdrowia i przy lekach które biorę zajście w ciążę nie zaszkodzi mi, czy fasolce...Powiedziała, że nie, jedynie może pomóc...No i podjęliśmy decyzje, że od nowego cyklu zaczynamy tak ostro staranka...Tylko od tamtej pory Z. chodził jakiś dziwny...Mówił, że nic Mu nie jest, aż do wczoraj...
Dzisiaj tłumaczy, że nie o to Mu chodziło, że On nie zmienia decyzji i chce tej Fasolki teraz, tylko, żebym chociaż spróbowała iść do normalnej pracy, bo wtedy to na zwolnienie mogę iść i w ogóle...Nie rozumie, że ja nie czuję się na siłach, jeszcze nie...Neurolog stwierdził, że całkowite wyleczenie zajmie około 2 lat...czyli jeszcze około roku...No i ja już sama nie wiem, czego Z. ode mnie oczekuje...Bo sam nie potrafi mi tego jasno wyjaśnić...Niby chce, ale coś tam...W ogóle Go nie rozumiem i nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiemy się nawzajem...Chyba za duża różnica wieku jest między nami i teraz to wychodzi...Zastanawiam się, czy na pewno chcę mieć tą fasolkę z Nim...???Czy On na nas zasługuje?Wczoraj też wywalił do mnie, że co będzie, jak fasolka się urodzi, a On będzie się męczył i to nas oddali od siebie, czy jakoś tak, już nie pamiętam jak On to dokładnie powiedział...Potrzebuję chyba czasu, żeby przemyśleć kilka ważnych spraw, bo ostatnio Z. zaskakuje mnie coraz bardziej i to negatywnie...Kocham Go, ale nie wiem co dalej...Nie wiem, czy dalej chcę być z tym człowiekiem...Zakochałam się w kimś zupełnie innym, a teraz mieszkam też z kimś innym...A niby to ten sam Facet...Już mnie głowa boli od tego myślenia...Gdyby nie praca, to wyjechałabym gdzieś na kilka dni, bo czuję, że tego potrzebujemy...