+matka+ pisze:
Witam.
Jestem mama dwojki dzieci. Malych jeszcze dzieci.
Nieprzespane noce, choroby, nerwy od prawie 4 lat...
Nie chcialam trzeciego dziecka.
Nawet jedna mysl o planowaniu kolejnego nieprzyszla mi do glowy.
Bylam zmeczona.
Bo mimo ze dzieci to mnostwo radosci, szczescia, uniesienia, dumy, czulosci... to tez mnostwo pracy, wyrzeczen, zmeczenia.
Chcialam odpoczac.
Liczylam ze za jakis rok, moze dwa, bedzie juz spokojniej, wiecej czasu dla meza, dla siebie, dzieci wieksze, zajma sie soba...
Spoznial mi sie okres.
Od porodu miewalam przerwy 7-8 tygodniowe.
Poniewaz zabezpieczenie przed ciaza bylo nie zawsze pewne, za kazdym razem stresowalam sie, robilam testy.
Tym razem, okres byl 7 tygodni wczesniej, wogole sie nie marwtilam.
Ryzyko niemal zadne, bo z racji chorob dzieci, nerwow, oddzielnego spania z dziecmi, seks rzadko, juz nie pamietam kiedy, wiec niemozliwe...
Dostalam plamienia, lekkiego, myslalam ze to tylko poczatek okresu.
Nastepnego dnia rano bol brzucha, ale taki typowo okresowy, zwlaszcza ze po masazu brzucha - wczesniej dieta, skora brzucha wiotka po ciazach to pomyslalam ze masaz z kremem dobrze mizrobi...
Bol dosc silny, wzielam lek, polozylam sie, przeszlo...
Caly dzien dosc silne krwawienie ale zawsze jest dosc duze wiec myslalam:norma...
Wieczorem siedzialam przy stole, smialam sie z mezem z filmu, przy ataku smiechu poczulam"plum"...
sadzilam ze to wieksza ilosc krwi, nic niezwyklego...
Potem w lazience zobaczylam na wkladce jakies skrzepy i...
To wygladalo jak maly woreczek.
Z kulka w srodku.
Ta kulka to bylo moje dziecko.
Ale to okazalo sie potem.
Przyszlo mi to do glowy, ale...jak to? no przeciez niemozliwe i wogole...
Nastepnego dnia poszlam do ginekologa - krwawienie duze, w kanale szyjki jeszcze pozostalosci, beta HCG - 60.
Czyli byla ciaza, tylko ze juz jej nie ma i hormony szybko spadaja...
No widzi pani, nie planowala pani, a tu prosze, ha, ha, widzi pani nigdy nic nie wiadomo, planuje pani jeszcze? za pare lat? no, nigdy nie wiadomo, haha...
Wrocilam do domu. Dostalam leki na obkurczenie macicy, lyzeczkowanie zbedne.
Gdybym wiedziala ze jestem w ciazy nie ucieszylabym sie.
Pewnie nawet bylabym zla. Bo jestem taka zmeczona, chcialabym juz wreszcie odpoczac, wyspac sie, wyjechac gdzies, cos zrobic dla siebie...
No i dziecka nie ma.
Jestem ja. Ja, ktora patrzac na swoje dzieci mysle:
ze tez byli taka kulka a sa tacy cudni,
ze tamtego nie zobacze wiekszym, wiekszym, az polozyliby mi go na brzuchu,
ze nie wiem czy to chlopiec czy dziewczynka, ale pewnie chlopiec bo u nas sami chlopcy w rodzinach...
ze nie wiem jakbym go nazwala bo jakby dziewczynka to bylaby Julka,
ze przeciez oddalam najmniejsze ubranka wiec musialabym kupic te sliczne male kaftaniki i spioszki boby ich nie mial, ale przeciez juz nie musze ich kupowac,
ze nie wiem co mam zrobic z tym malenkim zawiniatkiem ktore wtedy zabralam do woreczka bo myslalam ze moze lekarz bedzie chcial zobaczyc a nie chcial no i co teraz, przeciez nie moge wyrzucic go na smietnik, wiec nosze w torebce, jest blisko mnie, tylko co z tego skoro go juz wlasciwie nie ma bo nie zyje...
I moj maz. Niezly ojciec. Nie miga sie od obowiazkow, wozi dzieci do przedszkola, ubiera, rozbiera, karmi, tuli, lula, nosi, kapie...
Maz ktory na pytanie co mysli o poronieniu, czy czuje ulge czy co innego powiedzial: chyba ulge...
Ktory powiedzial ze : nie sadzilem ze bedziesz o tym myslec jak o stracie dziecka, a na moje slowa ze przeciez nasze zyjace dzieci tez byly kulkami takimi to juz nic nie powiedzial...
Jak go dalej kochac, skoro czesc z nas obojga nie jest dla niego...czyms waznym, dzieckiem, cudem, tylko ...no wlasnie czym? niczym chyba...
Nie moge patrzec na brzuchy ciezarnych. Nie moge patrzec na niemowleta. Chce krzyczec, plakac, rwac wlosy z glowy. O dziecko ktorego bym nie chciala. O dziecko ktore pokrzyzowalo by mi plany. O dziecko ktorego juz nie ma. Ktore umarlo. We mnie. Przeze mnie. Nie uratowalam go, nie bylam dla niego domem, nie dalam mu szansy. Cos zrobilam zle, co go zabilo.
I z nikim nie moge o tym pomowic. Nikt nie wie. Oprocz meza z ktorym nie moge mowic bo on nie rozumie. Rodzina nie wie bo popukalaby sie w glowe - jak to? tzrecie dziecko? to nie wiesz jak sie zabezpieczyc?
Boli mnie. I nie moge sie nawet nad soba uzalic bo to nie ja najwiecej cierpie tylko ono, bo umarlo, nie pozna smaku lodow waniliowych, nie poczuje wiatru we wlosach, nie ucieszy sie na moj widok, nie zasmieje sie z zadnego zartu, nie pojedzie na letni oboz z najlepszym kolega...
Boli. Mimo ze o nim nie wiedzialam, nie chcialam nie planowalam.
Nie moge sobie z tym poradzic.
Witaj,
rozumiem, że czujesz ból, ale nie oszukujmy się - to Twoj brak odpowiedzialności. Zamiast co kilka tygodni robić testy mogłam te pieniądze wydać na tabletki, wiedziałabyś co do dnia, kiedy będziesz mieć okres.
Wiem, co przeszłaś, kiedy zobaczyłaś zarodek...ja miałam tak w trzeciem miesiącu ciąży, najpierw wypłynęła ze mnie czysta, jasna krew a później wyleciało właśnie takie coś, tylko duże, a później mnóstwo olbrzymich skrzepów. Tylko że ja wiedziałam, że jestem w ciąży, dbałam o siebie, polegiwalam, bo miałam dwie ciąże (z jednej córkę a z pierwszej poronienie) zagrożone.
Skoro nie planujesz dzieci, to zabezpieczaj się, aby uniknąć niepotrzebnych łez, bólu i cierpienia.