Cześć dziewczyny, chciałam podzielić się z Wami przemyśleniami na temat wczesnego poronienia. Adresuję go do tych z Was, które poroniły po raz pierwszy i wcześnie.
Nie chcę rozpatrywać straty w kontekście metafizycznym, ale pod kątem tego, że jednak coś wniosła w moje życie i może Wam też ten post pozwoli oswoić się z tą sytuacją i spojrzeć na nią z innej strony.
Po 9 miesiącach starań z zegarkiem w ręku (a wcześniej pół roku bez zabezpieczeń i bez planowania) i po ogromnych frustracjach na linii ja-mój mąż, w końcu doczekaliśmy się 2 kresek. Niestety usg w 4 tc pokazało, że pęcherzyk rozwija się wolniej. Niby nic, ale jednak okazało się że to przepowiedziało poronienie w 7tc.
W ciąży poczułam się w końcu wspaniale, wręcz pokochałam swoje duże piersi i ciało z lekką nadwagą

. Uzdrowiła mój związek z mężem i zaczęliśmy na nowo cieszyć się sobą. Zobaczyłam, że mąż jest naprawdę gotowy na maluszka. A poronienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że on też bardzo przeżywa stratę (co wcześniej nie mieściło mi się w głowie). On zobaczył, że ciąża to duże obciążenie dla kobiety od samego początku (moje gorsze samopoczucie i męczliwość) i patrzył na to, jak w nocy poronienie przez kilka godzin zwijałam się z bólu. Widział i też przecierpiał, zrozumiał przez to, że nie może wymagać ode mnie tyle, ile wcześniej i nie traktuje już tematu ciąży i ciężarnych z lekceważeniem.
Teraz, miesiąc po poronieniu nasz związek jest tak szczęśliwy i radosny jak nigdy wcześniej, oparty na jeszcze większym szacunku niż przez ostatnie 10 lat. Bez tej nieudanej ciąży nie wiedziałabym, że w ogóle możemy począć. Wcześniej miałam czarne myśli, bałam się że w ogóle nigdy nie dojdzie między nami do zapłodnienia. Teraz wiem, że jest to możliwe i to nastraja mnie pozytywnie na przyszłość, choćby i nie najbliższą.
Dodatkowo mój najbliższy kumpel z pracy (który jako jedyny wiedział o wszystkim) - wcześniej pogardliwie traktował kobiety w zagrożonej ciąży na L4. Bardzo taktownie przyjął moją nieobecność i przejrzał na oczy, że nie można osądzać ciężarnych jako leni, gdy idą na zwolnienie lekarskie by walczyć o swoje dzieciaczki. Wie że nie przesadzałam i zmienił swoje podejście, a ja wiem,że mam jego wsparcie.
I na koniec- dzięki temu,że ronimy we wczesnej ciąży, nie przeżywamy straty nowonarodzonego dziecka, które nie mogłoby przeżyć. Ogromną większość poronień powodują duże i małe wady genetyczne. Zawsze pocieszam się myślą, że z dwojga złego lepiej, że doznałam takiej straty, niż dużo większej, odłożonej w czasie. Oczywiście boję się, że długo będę czekać na kolejną szansę, albo że i ona skończy się bez happy endu... ale w końcu, nie pozostaje nam nic innego, tylko Alleluja i do przodu

Bądźcie dzielne, trzymam kciuki za nas wszystkie

Powodzenia!