Monisia opowiem Ci jak było ze mną i z upragnionym zajściem w ciążę.
We wrześniu 1999r ( trochę dawno

no ale moja córeczka ma już 5 lat)
postanowiliśmy z mężem ( jeszcze wtedy nie byliśmy małżeństwem), że chcielibyśmy mieć dzidzie. Póki co były to tylko plany ale w grudniu 1999 zaczęliśmy "praktyczne" starania

. Mijał miesiąc za miesiącem a ja cały czas dostawałam okres.Współżyliśmy codziennie czyli teoretycznie nie było szansy na "przegapienie" owulacji. W maju 2000 okres spóźniał mi się 2 tyg. Wczesniej chorowałam na przydatki i moja Ginekolog powiedziała, że to na pewno nie jest ciąża a tak w ogóle to mogę mieć problem z zajściem w ciążę ponieważ na lewym jajowodzie mam dosyć duże zrosty po przebytych zapaleniach. To mnie dobiło. Po takiej diagnozie ( pomimo, że nie przekreślała jednoznacznie moich sznas na dzidziusia) załamałam się. Powiedziałam do Męża, że chyba damy sobie spokój z tym planowaniem bo i tak nic z tego chyba nie będzie. W czerwcu sytuacja się powtórzyła - nie dostałam miesiączki. Nie łudząć się nawet, że być może jestem w ciąży nie przejęłam się tym za bardzo i zamiast iść znowu do lekarza pojechałam z Mężem po namiot.
Po półtorej tygodnia pobytu na biwaku (okresu nadal nie było), dziwnych zmianach nastrojów, nietypowych bólach brzucha postanowiłam w końcu iśc do lekarza. Lekarka gdy tylko zaczęła mnie badać stwierdziła :" Pani Marto, My tu mamy piękną, zdrową siedmiotygodniową ciążę"... Co tu jeszcze mówić...? Jeszcze leżąc na fotelu popłakałam się ze szczęścia.
Tobie też Monia życzę takiego badania podczas którego lekarz stwierdzi :" Pani Moniko, My tu mama kilkutygodniową, piękną, zdrową ciążę..."
Pozdrawiam i trzymam kciuki.
