hej. tak czytając to zaczynam wątpić że ja urodziłam wcześniaka bo są mamy w 2..którymś tygodniu.
Ja Tynkę urodziłam 33/34tydz. Trafiłam 3 listopada wieczorem na oddział ot tak poleżeć zobaczyć jak ciśnienie itd. Na izbie przyjęć miałam 210/120, lekarz od razu przyleciał na samolot zobaczyli moją kartę ciąży i na start dostałam ochrz... że lekarzy zmieniam jak rękawiczki. Miałam 3, mój 1 starszy Pan zmarł po zaraz 1 wyzycie, potem jako niezameldowana chodziłam do przychodni w Lublinie gdzie przyjmowało na zmianę dwóch lekarzy i na przemian oni byli. No ale jak rękawiczki... i wtedy z ust lekarza padło 'Pani jest mordercą dzieci' niestety jestem z pochodzenia Kaszubka, wredną babą itd, zeskoczyłam, dałam facetowi w pysk. Wiem nieładnie ale nie będzie mnie jakiś KONEFKA obrażał.... w zamian dostałam 3x dożylnie relanium żebym mnie uspokoić.
Po 30minutach walki i wyzwisk wezwali pogotowie bo mój szpital na zadupiu nie miał anestezjologa i ani jednego inkubatora, dziś DZIĘKI BOGU ZA TO!
Wywieźli mnie do Ustki na bombach.
W karetce ciśnienie 130/80 załoga zgłupiała o co kaman, Pani która ze mną siedziała z tyłu karetki pytała co się wydarzyło jak im powiedziałam sama stwierdziła że w pysk by dała.
W Ustce tak się mną zajęli że na łóżko położyłam się dopierook2/3 w nocy, nad ranem zaczęłam wymiotować tym relanium na żółto. Ciśnienie się uspokoiło, pielęgniarki miłe i cała załoga.
Dzień badań, 4 listopad, na USG dopplerowskim czy coś takiego wyszło że coś niedobrego się dzieje z ciśnieniem wewnątrz czaszkowym dziecka, skierowano dalej na badania i 5 zaraz po 12 decyzja że tniemy.
Wiedziałam że za wcześnie, ale uwierzcie że czułam się tam bezpiecznie i wiedziałam że jestem w dobrych rękach. CC oczywiście 5 prób wbicia w kręgosłup, krzyczałam gorzej jak te rodzące naturalnie :/ do dziś mam blizny. Urodziła się! Wydała 1 okrzyk i zamilkła.
Na złość, windy nie działały,pielęgniarka z zawiniątkiem biegała po schodach z 2 na piętro do neonatologii. Tam z tego co wiem, prawie 30 minut trwała w miarę stabilizacja dziecka. W pierwszym pomiarze miała 1 punkt, w efekcie końcowym dostała 5.
Ja szybko odpływałam, mąż zdążył usiąść koło mnie z płaczem że mała jest pod respiratorem, ale żyje. Potem przyszła Pani neonatolog która ratowała dziecko, powiedziała że walczyli że jest silna, żebym odpoczęła i przyjdą z nowymi wieściami.
Ruszać zaczęłam się już 2 doby po cięciu, i wiem że to straszne ale bałam się zejść na dół zobaczyć własne dziecko. Bałam się bo wiedziałam że nie wrócę na własnych siłach. Przyjechał maż z moją mamą, z nim zeszłam i oczywiście maż mnie wynosił całą zaryczaną i w ogóle było pozamiatane. Miałam bardzo dużo pokarmu wszystkie pielęgniarki skakały wokół mnie tłumacząc że pokarm mamy najlepszy że muszę ściągać że to nadzieja itd. Ściągałam aż za dużo. Leżałam 3tyg w szpitalu po tygodniu było lepiej, mogłam schodzić do małej i się nie załamywać czy płakać. Niestety lekarze nie wiedzieli czemu dziecko nie oddycha, że tylko buzią i muszą ściągnąć laryngologa specjalistę z małym sprzętem.
Sprowadzili,okazało się że nos ma, ale nie ma dziurek :/
Pod koniec 11.2009 śmigłowcem zabrali ją do Gdańska na Zaspę, tam zdiagnozowano wstępnie Sekwencję Robina,ciężką niewydolność oddechową górną. Ale w Gdańsku niestety operacja odbyć się nie mogła, znów przelot Gdańsk-Warszawa do Instytutu Matki i Dziecka i tam dopiero zaczął się mój koszmar.
Ja pod Słupskiem Warszawa 430km ode mnie, telefonów nikt nie odbiera, jak ktoś odbierze nic ci nie powiedzą. Uwierzcie lub nie, wpadłam w depresję, osiwiałam. Dzwoniłam codziennie aż w końcu 3 grudnia odbiera Pani pielęgniarka, i tekst 'dziecko po operacji'. JAKIEJ K... OPERACJI!? Zero informacji ze miała być, czy cokolwiek.
Zapytacie czemu mnie tam nie było. Naprawdę mój stan nie pozwalał na to. Ja do dziś jak sobie przypomnę co mi sie działo pod czaszką się boję sama siebie.
Ale po 6 grudnia spakowałam się i pojechałam.
Dostałam salę matka z dzieckiem, zima zimno wiadomo a tam z okien napierdziela śniegiem :/ Masakra. Stary budynek, okna i drzwi metalowe.
Byłam sama, nie wiedziałam jak się przewija, jak się karmi, nie wiedziałam nic. Na dodatek rureczki w nosku które drażnił małą, płakała czasami próbowała wyrwać. Straszne.
Ale ten jej wzrok gdy na mnie patrzyła jak ją brałam na ręce.... matko płacze jak to piszę.
Wdzięczność dla lekarzy dr. Piwowara i Pani dr. Offert nieopisana,bo byli naprawdę ludzcy,zyczliwi i kochani, dzięki nim dziecko żyje i dziś oddycha noskiem.
Wigilia w szpitalu,same na oddziale

II dzień świąt, przyjechała cała moja rodzina, mąż tata mama, brat. Wzięli fotelik, ssak bo to był warunek szpitalny, i 3h błagania lekarza czy możemy jechać z nimi.ZGODZILI SIĘ
Martyna w domu 3 razy wyrwała rurki, zawału prawie dostałam za 1 razem, ale to był strach na wyrost.Co miesiąc wizyty w IMiD zmiana rurek i jak miała 7 miesięcy wyjęła i tak już zostało.
'Radzi sobie! Nie ruszamy!'
Oddycha prawidłowo 1 dziurką, w drugiej ma prześwit. Nie zgodziłam się na druga operację gdyż wiązało się to kolejnym rozcinaniem podniebienia i dłubaniem nosa. dr Piwowar sam odradził po wnikliwych badaniach. Proste dziecko silne, oddycha samo, monitor oddechu i do domu. Operacja mogła spowodować brak mowy czy brak ząbków na przyszłość.
Dziś nie żaluję... mam małą diablicę w domu

Zobaczcie sami, pokazywałam już w innych linkach
