już jesteśmy po. Całe szczęście. Na razie różnicy nie widzę, ale jeszcze poczekam zanim zacznę się wściekać.
Byliśmy w dziekanowie leśnym. Szpital pamięta lata 80-te. Masakra. Taka bieda że nawet w piżamach dziecięcych brakowało guzików. Choć oczywiście to nie krytyka tylko stwierdzenie faktu - niestety widać że szpitale pieniędzy nie mają.
Personel - niby miły a mają cię w dupie.
Jak mi zabierali dziecko to bez cackania wyrwali mi go z rąk i zabrali a pani pielegniarka jeszcze zrobiła to tak zamaszyście że uderzyła jego głową w ścianę. Także jeszcze biedulek dodatkowo płakał że go głowa boli. Po zabiegu słyszałam jak wył że chce do mamy ale oczywiście nie mogli mi go dać bo musieli go doprowadzić do ładu i składu, ale płacz mu w tym nie pomagał. Wg mnie rodzice powinni mieć możliwość bycia przy dziecku przy usypianiu i wybudzaniu. Dla dzieci byłoby to zdrowsze.
Po zabiegu pielęgniarka zaglądała do nas tylko przez okno w drzwiach i stwierdzała sama do siebie że wszystko w porządku. Jak zapytalam czy bedzie jakiś obchód lekarski zeby obejrzeli dzieci to usłyszałam że nie ma żadnego lekarza, że będą dopiero rano
Niby lekarze udzielają informacji ale jakichś bardzo skapych. Jak sama nie pojdę się dowiedzieć to nikt mnie nie poinformuje.
Nikt nawet nie był łaskaw powiedzieć czego mogę się spodziewać po zabiegu. Jak dziecko może się zachowywać, na co zwrócić uwagę itd.
Między lekarzami a pielęgniarkami nie ma chyba żadnego przepływu informacji. Ponieważ mały dziś rano wymiotował i narzekał na brzuszek to lekarka powiedziala że nas wypisze jeśli po śniadaniu 2 godziny nie będzie wymiotował. Tak też było. Po 2 godzinach poszłam się dowiedzieć czy możemy już iść to się pielęgniarka pyta: a jak było ustalone z panią doktor? No kurde. To mogę jej w takim razie każdy kit wcisnąć. I jeszcze na koniec okazało się żę choć rany się ładnie goją to ma zaczerwienione gardło, stan podgorączkowy i dostał antybiotyk na wszelki wypadek gdyby to był początek jakiejś infekcji.
A poza tym może wy mnie uświadomicie w jednej kwestii.
Bo inne dzieci to miały rtg lub sondę wkładaną do nosa, żeby obejrzeć migdał a mój nie. Jemu wystarczyło że zajrzeli do nosa i gardła. Czy to znaczy że jego migdały były tak wielkie ze nie byly konieczne inne badania?