Nosferatu to nie do końca tak

To nie jest kwestia kultury, przynajmniej nie zawsze.
Rodzice, którzy pozwalają dzieciom na negatywne zachowania, to często ludzie, którzy jako dzieci nie mieli możliwości pokazywać emocji, bo ich rodzice im tego zabraniali. Kompensują to sobie za pośrednictwem dzieci. Są to też rodzice z poczuciem winy, że są złymi rodzicami. Chcąc dzieciom wynagrodzić swoje braki (czasem wyimaginowane), pozwalają im na zbyt wiele.
Wspomniana wcześniej książka dr Spocka jest rewelacyjna, zwłaszcza biorąc pod uwagę czasy, w których została napisana. Kiedy ją przeglądałam trzy lata temu, nie mogłam uwierzyć

że takie poglądy mogły zostać opublikowane tyle lat temu. Ja mam wydanie z 82 roku! Spock pisze m.in. o tak oczywistym dziś karmieniu na żądanie, co w 82 roku w Polsce było pewnie nie do pomyślenia. Oczywiście to jego 'na żądanie' różni się trochę od tego dzisiejszego. Ale jednak.
Nie jestem w stanie ocenić, czy dr Spock ma rację w tych kwestiach wychowawczych, które porusza. Na pewno ma wiele racji i to, co pisze jest baaardzo ciekawe.
W książce sprzed 63 lat czytamy:
Cytuj:
Stopniowo nauczyliśmy się wiele:
że dzieci bardziej niż czegokolwiek innego potrzebują pełnej oddania miłości rodzicielskiej; że starają się, same z siebie, wyrabiać w sobie dorosłość i poczucie odpowiedzialności; że większość trudnych dzieci cierpi raczej na niedostatek uczucia, a nie na niedostatek kary; że dzieci uczą się z zapałem, jeśli program szkolny jest adekwatny do wieku, a nauczyciele są pełni zrozumienia; że uczucia zazdrości w stosunku do rodzeństwa i momenty agresji w stosunku do rodziców są naturalne, a więc dziecko nie powinno odczuwać z ich powodu głębokiego zawstydzenia; że dziecięce zainteresowanie niektórymi aspektami życia i seksu jest całkowicie normalne; że zbyt surowe tłumienie agresji i zainteresowania seksem może doprowadzić do nerwicy; że podświadome myśli mają takie samo znaczenie, co świadome; że każde dziecko jest odrębną indywidualnością i tego nie wolno lekceważyć.
Na temat wychowania dr Spock wypowiada się bardzo szeroko i naprawdę mądrze. Pisze, by być stanowczym, by uczyć dziecko, że rodzice też mają swoje prawa. Pisze, że nie należy dziecku pozwalać na brzydkie zachowania, kiedy jest złe i sfrustrowane, ale jednocześnie należy mu tłumaczyć, że uczucie złości jest naturalne i że nie mamy pretensji, że się na nas pogniewało

Pisze również, żeby za często dziecka nie pytać o zdanie w sytuacjach oczywistych

tzn. nie pytajmy "czy chcesz zjeść obiad?", "czy chcesz się ubrać?", bo to daje tylko okazję do mówienia NIE, zwłaszcza dziecku, które aktualnie przechodzi tzw. bunt dwulatka. Lepiej oświadczyć, że teraz usiądziemy i zjemy, ubierzemy się, wyjdziemy z domu itd.
Ahhh dużo tu ciekawych rzeczy.
Musiałabym chyba upaść na głowę, żeby przytaknąć >bezsensownemu bezstresowemu wychowaniu<, które ma na celu jedynie stresowanie wszystkich dookoła włącznie z dzieckiem.
U nas w piaskownicy chyba rodzice są dość rozsądni jakimś trafem, bo nie ma takich skrajnych sytuacji. Raczje w drugą stronę - nadopiekuńczość. Ale miałam przyjemność

poznać niedawno małego siostrzeńca mojego męża wychowywanego niefajną wersją wychowania bezstresowego. Byliśmy razem na rodzinnej uroczystości. Dzieciak ma 4 lata, jeździ w wózku, ssie smoka i lata z pieluchą. To chyba po to, by go nie stresować. W restauracji było sporo schodów, jakichś niepewnych miejsc, a Patryk latał wszędzie, mama zupełnie nie zwracała na to uwagi. Paweł chciał biegać razem z nim. I jak mu wytłumaczyć, że Patryk może, a on nie? No ale konsekwentnie przywoływaliśmy go, kiedy się oddalał, bo z kolei Michał chciał za Pawłem ganiać. I tak w kółko musieliśmy Pawłowi zwracać uwagę, żeby czegoś nie robił, bo on naśladował fatalne zachowania Patryka - szarpanie ławki, na której ktoś siedział, wydzieranie patyków, którymi ktoś się bawił, wydrapywanie dziur w steropianowej ścianie... Nawet jeśli mama zwracała mu uwagę, przyciśnięta przez wszelkich możliwych kuzynów, młody w ogóle nie zwracał na to uwagi.
W pewnym momencie wynikła sytuacja, która ewidentnie wskazała sytuację w tej rodzinie. Patryk poleciał schodami na dół z ogródka do restauracji i rozległ się ryk. Siedział na dole schodow schowany za winklem i płakał. Mama uśmiechała się tylko

Siostra Patryka (11 lat) pobiegła po niego, wzięła na ręce, przytuliła. Okazało się, że Patryk rozciął wargę i leci mu krew. W akcji ocierania krwi, łez, uspokajania brała udział tylko starsza córka. Mama stała i się uśmiechała

Dzieciak wychowywany jest "bezstresowo".
Ja nie mówię, że wychowuję swoich synów dobrze. Bo popełniam setki błędów co dnia. Ale nie chciałabym, żeby z mojej oczywistej winy dzieci były kiedyś postrzegane jako samolubne potwory, które wszystkich dookoła tłuką, wszystko wszystkim zabierają i nie potrafią współpracować.