Kochane...
dostałam tego linka z zaproszeniem...więc troszkę Wam napiszę...
uprzedzam to będzie długie..
Troszkę o głupocie
Ja wspaniała dorosła mądra dziewczyna...jassne. W jednej chwili rzucam wszystko...za siebie. Opuszczam dom i wyprowadzam się ze starszym od siebie mężczyzną, postanawiam z nim zamieszkać...i jest bosko. on pracuje, ja chcę wracać na studia ale w końcu okazjuje się ze nie bardzo mnie stac...no cóż bywa... (!!) poprostu sielanka...a potem się zaczyna...
mieszkamy w coraz bardziej obskurnych miejscach bo mój "mężczyzna" ma lekki problem z odpowiedzialnością i poszanowaniem pracy...
ja ląduję w szpitalu z ostrą chorobą zakaźną...po powrocie okazuje się że...jestem na tyle "dorosła" i "Odpowiedzialna" że zaszłam w ciążę... i tu zaczyna się...
troszkę o cierpieniu
początkowe miesiące ciąży ...dramat w domu nie bardzo to wszyscy widzą...no ale w końcu akceptują...no bo co innego moga zrobić??
a tatus dziecka zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze...
gdy ,mówię o ślubie stawia się ze go naciskam i nie będę go zmuszała...
potem zaczyna się krótka historia o małym chłopczyku alkoholiku i tym jak cały świat się na niego uwziął...
fasolka żyje i rośnie...rozmawiam z nią codziennie...
coraz częściej przez łzy...
gdy jadę do rodziców milczę...
wstyd mi...
jak przez mgłę widzę teraz moją ciążę...non stop sama...straszne mdłości i bóle...przez praktycznie cała ciążę...awantury...nawet wyjście razem z drzwiami..niestety stałam na drodze...
końcówka ciąży - 2 kilo na plusie...dobrze jest napisane 2. i kropka.
a potem dzień w którym pękło niebo...
dom w którym drze się pijany facet i żąda pogotowia które go zabierze na odtrucie...dzwonie..trzęsą mi się ręce...męzczyzna w słuchawce gdy słyszy że jestem w ciąży to mówi że przyjmie wezwanie ale do mnie nie do tego pana...karetka zabiera mnie do szpitala..."tatuś" słyszy od sanitariuszy na odchodnym że piękny z niego tata...i parę ciepłych słow...
a ja ląduję na porodówce...i zadaję sobie pytanie...jak to? przecież miała byc w grudniu a dopiero listopad...kilka dni wcześniej miałam urodziny...
boje się...
ale niczego nie da się zatrzymać...chodze po porodówce na bosaka, bez potrzebnych rzeczy...w szpitalnej koszuli...wszystko mialam spakowane ale nie ma mi kto przywieźć...raz po raz przychodzą skurcze...poradzę sobie przecież poradzę...
a potem płaczę...a pielęgniarki się smieja i mówią że tatuś pełza po korytarzu..i że jest trochę pijany...
wyje...z upokorzenia i wstydu...i z bólu...
rozrywa mi krzyże...
a potem jak na filnmie ...jestem na stole...i tracę świadomość...zabawa w czarne i białe...przypływam i odpływam a lekarz krzyczy mi w twarz że chyba nie chcę urodzić tego dziecka...
mała klinuje się w kanale rodnym...błagam o cesarkę ale słyszę że na zyczenie nikt cesarki nie robi..
nie mam już siły płakać...
skurcze ustają...a ja nagle czuję że muszę...
i ostatkiem sił mobilizuję wszystko, całą miłość jaką mam w sobie i wypycham z siebie maleństwo....
mój mały skarb
patrzę na nią i płaczę...jest piękna...
przytulam ją ale zaraz zabierają ją...mówią cos o nieprawidłowym zabarwieniu skóry...mała idzie do inkubatora...
a ja na salę...
potem dowiaduje się ze był konflikt serologiczny...za mała ma dużą zółtaczke i musi lezec...potem że jakiś płun między półkulami...ze jest go za dużo...i trzeba leczyć....
i znowu sama bo tatuś poczołgał sie do domu i n ie pojawił na następny dzien...w szpitalu wymagają pampersów a ja nie mam...płaczę...jestem zmęczona i tak mi smutno...lekarz przychodzi i patrzy na mnie niechętnie...no tak wyglądam jak 16latka bez makijażu...i tak mnie traktują...
magda się opala w inkubatorze...stoję przyklejona do szyby latam na okragło z pokarmem zeby jej dali a nie to sztuczne i placze jak pielegniarki pija kawe a moja mala lezy baz okularków...
wychodzimy ze szpitala i jest dobrze...
przez pierwszy tydzień...
potem zaczyna się piekło...
trwa przez tak długi czas...
w końcu wracam do domu...do rodziców...
w domu...
jest w miarę dobrze..pozałatwiałam zasiłki...nie jest różowo bo rodzice nie maja na tyle pieniędzy żeby nam pomóc...z czasem zaczynają sie awantury..idę do opieki po pomoć przychodzi mkiła pani moi rodzice nie maja ochoty z nią rozmawiać...pani mówi do mnie że przecież "zawsze istnieją jeszcze domy dziecka"...wylatuje za drzwi zanim dokańcza zdanie.
...ojciec dziecka coraz rzadziej się pojawia...nie łoży na dziecko, prawie wcale się nie interesuje jego losem...
i wtedy mała zaczyna chorować...
mamusiu nie odchodź
zapalenie oskrzeli...trzeba antybiotyk...no trudno dzieci czasem chorują...biorę recepte wykupuję leczę...
tydzien po wyleczeniu...nie ma gorączki ale jakoś ytak dziwnie mi oddycha...lekarz - doiagnoza: zapalenie oskrzeli z poczatkiem zapalenia lewego płuca...boże co się dzieje??
kilka dni po następnych lekach...
dziecko zaczyna się dusic...trzecie zapalenie oskrzeki w ciągu doby przechodzi w zapalenie płuc...
biegnę z mała na rękach na pogotowie...
szpital...jeden raz ...drugi trzeci czwarty...
wszystkiego najlepszego kochanie kończysz dwa latka...szkoda ze w szpitalu...szłam jak głupia z balonikami i tortem do szpitala i płakałam że mała musi byc tam i że jest sama...a jak przyszłam to się okazało ze miałą napad dusznośći i ma biegunkę i wymiotuje...podobno reakcja na antybiotyki...jasne i przeszło na mnie bo następnego dnia siedziałam z takimi samymi objawami...latałam do łazienki i wracałam do niej
raczej rota wirus...
ale nie mogłam ...nie mogłam zostawić mojej kruszynki...dotąd pamiętam jak patrzyła na mnie z maską tlenową na twarzy...jak nosiłam ją na rękach i usypiałam a potem musiałam wyjść bo nie miałam pieniedzy żeby zostać z nią na noc...
i wyprawę do instytutu w rabce ...20 stopniowy mróz i my dwie w sniegu brnące pod górę...całkiem same...
pamiętam te noce i te dni kiedy modliłam się żeby była zdrowa i płakałam...nieprzespane noce jak siedziałam nad nią i wsłuchiwałam się czy w pleckach nić nie chlupocze...
koniec
telefon. dzwoni "tatuś". i nagle wszystko się kończy...po tym telefonie juz tatusia nie ma. tatuś odszedł kochanie...i tak go niewiele pamietasz bo rzadko bywał ale juz nie przyjdzie...
nigdy więcej
nie chce już niczego. nie chcę męzczyzny. To tylko ból i strach...
mam ja moja córeczke i na niej muszę sie skupić...ją wychować na dobrego człowieka i nauczyć wszystkiego...tak myslałam gdy juz wyszłum a własciwie sie wyczołgałam z totalnego dna...
kocham Cie tatusiu...
tak moja córka woła przez telefon gdy dzwoni mój mąż i z nim rozmawia...
odnalazł nas. Wybrał właśnie nas..nastarał sie i nachodził...naprzekonywał i nadzwonił...i był taki uparty ze podbił nasze serca...oba. nie jedno ale oba...
Nie jest biologicznym ojcem Magdy...ale dla nas jej jedynym ojcem.
własnie zaczynamy starania o przysposobienie..trzymajcie kciuki...
jest ze mna i wspiera mnie chociaz musi pracowac daleko żebyśmy miały wszystko...kocha nas...jak nikogo na świecie...
i słyszę w słuchawce..." ja tez Cię kocham"...
mamusiu ja chcę braciszka
czy muszę pisać dalej? staramy sie o drugie małe szczęście...trzymajcie kciuki
Czasem tak myślę że nie zasłużyłam...
Na takie mądre i kochane dziecko.
Na wspaniałego męża i nowe zycie...
Ale to mam...
płaczę jak to piszę...to wciąż boli ale czy nie daje nadziei? No powiedzcie same...
w najczarniejszej otchłani zawsze pojawia się jakies swiatełko...
pamiętajcie
a ja? Ja trzymam za Was kciuki...znajdzie Was ta druga wartościowa połówka,która zasługuje na Wasze skarby...
powodzenia
ps.: sorki że tak się rozpisałam
