Hej hej tak jak obiecałam-piszę,jakieś pustki na forum
a więc Ciotki,jak już wiecie POWIłAM swego pierworodnego 27.10.07 o godz 17<swoją drogą fajna data

>
Poród był wywoływany ze względu na obrzęki. w piątek wieczorem założyli mi na macicę cewnik foleya,który miał za zadanie zrobic rozwarcie
o 9 rano kiedy mi go ściągali miałam juz prawie na 3 palce,chwilę potem odszedł mi czop śluzowy,ja taka podjarana,ze tu zaraz kroplóweczka i na porodówkę a oni mi mówią,że mam czekać sobie na skurcze,ale,że to i do dwóch dni może potrwać....no tak,a więc idę spać..tak sobie śpię i śpię i nagle budzą mnie na obiad..podnoszę się z łóżka i chlust..wody mi odeszły,pakowanie itp i na porodówkę.pół godziny pózniej pierwsze skurcze<13.30>,godzina 15 ja już nie mogę zaczyna strasznie boleć,mam wrażenie,że to mój ostatni dzień życia..proszę o lewatywę..po drodze zwijam się z bólu,przychodzi ciotka i siostra,wyganiam je,bo nie mogę znieść ich obecności,klnę<pod nosem>,godzina 16 i tzw,kryzys 7 centymetra,mam ochotę zabawić się w supermana i wyskoczyć przez okno,rozebrać się do golasa i położyć się na zimnej podłodzę,błagam położną o znieczulenie,marzę o cesarce,i oczywiście chcę do domu,nie pomaga nic,leżenie,chodzenie,w końcu dosiadam piłki i na niej jakoś wytrzymuję 20 min,ląduję na łóżku,skurcze są za krótkie,podłaczają oksytocyne,ale za pózno,chwilę potem zaczynają się parte,mimo zakazu parcia prę<nie moge przestać>pęka mi macica...i nagle jak na filmie słyszę i widzę wszystko w zwolnionym tempie...położna rzuca hasło RODZIMY,wpada lekarz,łóżko w błyskawicznym tempie zamienia się w pseudo samolot z miejscem na wyskakującego maluszka,opieram nogi na położne,przyciągam do siebie i prę...zero bólu tylko jedna wielka misja do wykonania.przeć

1
1 skurcz,prę dwa razy,ale główka się cofa,nacinają,nic nie czuję ,ale widzę jak to robi,olewka,2 skurcz prę kolejne dwa,jest główka,czuję ja między nogami,3 skurcz mały zaklinowuje się w barkach,lekarz naciska na brzuch i przy kolejnym parciu czuje plusk i mały jest już po tej stronie.....
oczyszczają nosek i usta i za chwilę jakiś mały człowieczek ląduje na moim brzuchu,mimo strachu w oczach i krzyku mocno wpatruje się w moje oczy,nie widzę już świata poza nim,nie czuję bólu,wszystko na tę cudowną i najpiękniejszą chwilę na świecie gdzieś odpłynęło,mam w końcu mój skarb,tak wyczekany,moja fasolka ukochana..
płaczę,a razem ze mną moja ciotka,która nie wiadomo skąd się wzięła,ale..ciotka całuje mnie po głowie,gratuluje,i ryczymy jak głupie....
zabierają małego i wszystko wraca,zmęczenie ból...
zaczynają szyć,to chyba najgorsze chwile w moim życiu,45 min szycia i 45 min niesamowitego bólu,dziś zastanawiam się,co było gorsze
zabierają mnie na salę poporodową,przynoszą Kacperka,przystawiają do cyca i jestem w raju...
mimo bólu i zmęczenia jest cudownie,to chyba najwspanialsze chwile w życiu,te pierwsze wspólne chwile,nie mogłam się nadziwić jak taki ktoś mógł zmieścić się w moim brzuchu..to niesamowite...niewiarygodne..
jeszcze przez parę dni chodziłam i jęczałam,że poród to dla mnie dosłownie TRAUMA,ale dziś moge powiedzieć,że mimo tego okropnego bólu to wspaniałe przezycie,móc wydać na świat nową istotę,dać jej życie...
rodziłam 3,5 godziny,nie jedna by pozazdrościła,ale wiem,że nigdy bym w tyle nie urodziła gdyby nie znajoma położna
nie wiem co mam jeszcze napisać
że KOCHAM
że juz za nim tęsknie mimo,że spi obok
że jest najwspanialszą istotą na świecie
że świata poza nim nie widzę........
są chwile,kiedy chce uciekać gdzie pieprz rośnie,bo mały marudzi,nie spałam juz prawie 4 doby,ale daję rade,bo mam małego dopalacza....
