Dzisiaj jest ndz lip 12, 2020 7:20 am


Forum ciąża

» Zdrowie Kobiety » Poród

Strefa czasowa UTC [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
 Tytuł:
Post: pn maja 11, 2009 8:13 pm 
1 żółta kartka

Rejestracja: ndz lip 13, 2008 11:30 am
Posty: 5770
Lokalizacja: Łódź
Ania Silver będziesz chciała, niedługo zapomnisz o tym bólu :wink: a w kórym szpitalu rodziłas?

_________________
Obrazek
Obrazek


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 

 Tytuł:
Post: śr maja 13, 2009 8:08 pm 

Rejestracja: ndz maja 04, 2008 2:05 pm
Posty: 852
Monika- w Madurowiczu :)
już powoli zapominam ;)

_________________
www.silver.blox.pl


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: śr maja 13, 2009 8:09 pm 
1 żółta kartka

Rejestracja: ndz lip 13, 2008 11:30 am
Posty: 5770
Lokalizacja: Łódź
Póki jeszcze pamietasz moze podziel sie spostrzeżeniami, ja też będę w Madurowiczu rodzic :wink:

_________________
Obrazek
Obrazek


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: czw maja 14, 2009 3:10 pm 

Rejestracja: ndz maja 04, 2008 2:05 pm
Posty: 852
Monika- oczywiście :)
opieka przedporodowa (leżałam 5 dni na 4 piętrze) rewelacja :)
super położne, świetni lekarze, codziennie KTG, co drugi dzień badania. Żadne pytanie i wątpliwośc nie pozostawało bez odpowiedzi :)
przesympatyczni i pomocni "młodzi"- lekaże stażyści :)
Na porodówce mniej fajnie- rodziłam w nocy i położne nie były zadowolone ;) ale lekarki- super- pomocne i życzliwe. Na sam koniec była bieganina, bo razem ze mną rodziło jeszcze kilka dziewczyn, więc był kocioł- ale zajmowano się mną i nie olewano :)
Na poporodowej- położne miały mało czasu, bo dzieciaczków sporo, ale jak czegoś potrzebowałyśmy, to zawsze znalazły dla nas kilka minut :)
ogólnie- polecam Madurowicza :)

jeśli masz jakieś pytania, to pisz :)

_________________
www.silver.blox.pl


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: czw maja 14, 2009 5:51 pm 
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob lis 29, 2008 7:49 pm
Posty: 2184
Lokalizacja: Bydgoszcz
To może ja też się dopiszę...miałąm być kwietniówką, ale nie wyszło...Emilia urodziła się 8 dni po terminie.

Ale od początku

4 maja (poniedziałek) poszłam do szpitala na ktg, wyszło niby ok, ale jak powiedziałam że od niedzieli małą mniej się rusza, to mnie już zostawili w szpitalu...no i wylądowałąm na patologii ciąży. Jeszcze w izbie przyjęć mierzyli mi miednicę...wynik - zwężona - 17 (dla osób nie w temacie min do porodu sn to 20). Zrobili mi usg i mówią że mała waży 3900, to ja wielkie oczy, bo jakieś 10 dni wcześniej u mojego gina było 3300.

We wtorek (05.05.) na obchodzie pan ordynator stwierdził, że skoro miednica zwężona to nie ma szans aby dziecko 3900 przeszło, ale jeszcze dlapewności wzięli mnie na porodówkę, żeby jeszcze raz zmierzyć tę miednicę i cud(!!) okazało się że jest 20 :shock: no to sru na usg, aby potwierdzić wagę, tym razem okazało się że mała waży 3300 :? ja już zgłupiałam.

Środa (06.05.) Rano na obchodzie ordynator sie śmiał, że miednica mi się rozjechałą a dziecko mi schudło...mi nie było do śmiechu, bo w szpitalu uniwersyteckim chyba powinni robić dobrze badania.

Czwartek (07.05.) Po obchodzie, ordyn. pyta się mnie czy zgadzam się, aby następnego dnia wywoływać poród...no pewnie, że się zgodziłam, w końcu ile można w ciąży chodzić. Tego dnia był mój położnik w pracy i mu mówię, że planowane wywołanie na następny dzień. Biedny trochę się do mnie nachodził...ale już przynajmniej było coś wiadomo. Wzięli jedna babeczkę na wywołanie o 7 rano, ale po 5 godzinach wróciła na patologię o oksytocyna nie zadziałała. Za chwilę patrzę, a mój położnik z ordynatorem gdzieś idzie, po paru min przyszedł do mnie i mi mówi, że jednak dziś będziemy próbować rodzić, za jakąś godzinkę :shock: To ja za tel i dzwonię do mojego T że chyba dziś rodzimy. O 13 wzięli mnie na porodówkę, pozwolili mi iść pod prysznic i jak już byłam czyściutka i pachnąca ( :lol: ) podłączyli mnie pod ktg i p. Jurek (położnik) zrobił wkłucie i odłączył pod oksytocynę. ok 14 przyjechał mój T. Zaczęło się rozkręcać. Najpierw tylko stawianie się macicy, później trochę mocniejsze skurcze. Jak już były dość mocne zaczęłam sobie chodzić. Po jakimś czasie znów na łóżko, ktg. Skurcze coraz mocniejsze...P. Jurek nalał mi wody do wanny i mogłam do niej wejść...jaka ulga...skurcze mniej bolesne...nie długo jednak. Po chwili, było mi już wszystko jedno czy jestem na łóżku czy w wannie. Wyszłam z wnny i znowu pod ktg, dostałam kroplówkę z glukozy...niestety po niej skurcze zaczęły zanikać wiec nowa kroplówka z oksy...no to się rozkręciło...dostałam skurczy partych...małą źle się wstawiała w kanał rodny, rozwarcie jeszcze nie pełne...masaż szyjki macicy w skurczu :? o losie ale boli...decyzja zapadła, nie przeć...tylko niby jak mam to zrobić jak całe ciało wygina?? Po niewiem ilu, pozwolono mi przeć. Jakaż to ulga kiedy mogłam coś zrobić a nie tylko czekać i kręcić się na łóżku. Moja córcia jednak nie specjalnie chciała wyjść, przy każdym parciu schodziłą w dół, a po chwili wracała na swoje miejsce. Jeden lekarz trzymał mi jedną nogę a drugi drugą i przy każdym skurczu blokował ręką aby mała nie cofała się. W końcu słyszę "widać główkę". No to działamy, parłam i parłam aż w końcu poczułam że mała wychodzi. Jeszcze trochę, dam radę...po chwili słyszę krzyk mojego maleństwa...ufff po wszystkim. Emilia urodziła się z wagą 4490 i 59 cm. (nie przypomnę ile pokazały usg) o godzinie 21.10. Szycia nie czułam w ogóle. Cały poród trwał 7 godzin 10 min.
Gdyby nie to, że nie mogłam przeć kiedy pojawiły się skurcze parte, to nie byłoby tak źle.

_________________
Obrazek

Obrazek

Obrazek


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: czw cze 18, 2009 6:17 pm 
Awatar użytkownika

Rejestracja: pn kwie 21, 2008 3:59 pm
Posty: 2112
Lokalizacja: pomorskie
Lepiej późno niż wcale
ważne, że w końcu si ę zebrałam aby coś napisać...

właściwie ciężko będzie to nazwać opisem porodu, bo porodu jako-takiego to nie było :roll:

zacznę od środy 25 marca - wtedy miałam ostatnią wizytę u ginekologa. Czekałam na nią z biciem serca, bo wtedy miała zapaść decyzja no i zapadła...
ze względu na moją cukrzycę ciążową i dość mocne skurcze(widoczne na KTG, a których ja prawie wcale nie odczuwałam) dostałam skierowanie do szpitala. Z wizyty jeszcze tyle, że brak rozwarcia i duże dziecko - 3800g
ale za radą lekarza nie pojechałam na IP od razu, a jeszcze weekend przesiedziałam w domu

w poniedziałek 30 marca o godz 8.30 stawiliśmy się na izbie przyjęć w szpitalu w Ustce, na IP nie bardzo wiedzieli co zrobić i dzwonili na oddział czy w ogóle mnie przyjąć
Przyjęli...
położyli mnie na patologii i zastanawiali się co dalej ze mną, bo jeszcze miałam kilka dni do terminu
zrobili mi 2 razy KTG, skurcze jakby ustały i już w ogóle zonk co tu robić
w końcu wywołali mnie na badanie
zbadał mnie lekarz, stwierdził, że rozwarcie na 2 cm i to wszystko
to zrobili USG na takim starym sprzęcie, po którym powiedzieli mi to co już dawno wiedziałam czyli,że dziecko duże i właściwie to już jestem do rozwiązania
i dalej nic, wróciłam do sali i poszliśmy z R na oddział położniczy odwiedzić naszych znajomych, którym 3 dni wcześniej urodził się synek
nie posiedziałam tam 10 min jak położna powiedziała, że wołają mnie na kolejne usg
tym razem na porządnym sprzęcie. Był jeszcze przy tym badaniu drugi lekarz, bo potrzebowali konsultacji
A na USG wyszło, że dziecko waży 4300 :shock: ma dużą główką i szerokie barki, więc od razu padła decyzja, że jutro godz 8.30 cesarskie cięcie, bo nie będą nas męczyć i nie będą ryzykować zwichnięcia barków dziecka czy zniekształcenia główki
a ja? poniekąd poczułam wielką ulgę, bo miałam świadomość, że czeka mnie ciężki poród i już psychicznie byłam na to nastawiona, a tu "rachu ciachu", mąż też się ucieszył, że nie będą mnie męczyć
resztę dnia spędziłam w miarę spokojnie (rozwiązywałam sudoku), najważniejsze, że już wiedziałam na czym stoimy, jakoś nie docierało do mnie jeszcze, że za kilka godzin będę miała Maleństwo przy sobie

31 marca 2009
pielęgniarki nie mogły się nadziwić, że ja tak spokojnie spałam (szczerze mówiąc ja też)
pobudka o 6 rano
pobieranie krwi do badania i zakładanie węflonów - koszmar jakiś, mam mało widoczne żyły i piguła nie mogła się wbić, udało jej się za trzecim razem :roll:
potem lewatywa - bałam się strasznie, bo nigdy nie miałam
jakoś poszło... piguła powiedziała, że mam wytrzymać jak najdłużej i dopiero do kibelka... nie wiem... wytrzymałam może jakieś 3 min
jak poleciałam, to chyba pół oddziału słyszało jak się wypróżniam :oops:
ok, puściutka poszłam pod prysznic, jak wyszłam to czekał juz mój mąż, mieliśmy jeszcze dla siebie pół godzinki, ale to tak szybko zleciało, że nie pamiętam, na pewno cały czas przeżywaliśmy "jejku już za pół godziny", "jejku już za 10 min" itd...
przyszli po nas
byłam strasznie roztrzęsiona, strasznie się bałam -nigdy w życiu nie byłam na sali operacyjnej!
R został w pokoiku do porodu rodzinnego a mnie wzięli do zecewnikowania
i to było najgorsze z całego porodu!!!
położne położyły mnie na kozetce, kazały rozstawić nogi i zaczęły wkładać w ten malutki otworek rurkę - KOSZMAR!
Trwało to może jakieś 5 min
jak wstałam to miałam wrażenie, że robię pod siebie i nie mogłam nad tym zapanować...
Miałam jeszcze chwilkę, to z zaciśniętymi nogami i już z płaczem poszłam jeszcze do męża, tam ostatnie całuski i słowa otuchy (całe szczęście była ze mną jeszcze znajoma położna ze szkoły rodzenia, która też bardzo mnie wspierała) i na salę operacyjną
anestezjolog nie miał ze mną większych problemów, nawet nie poczułam tego wkłucia, zadziałało natychmiast (ciągle ryczałam)
ledwo się położyłam i już miałam całe odrętwiałe nogi
mój R wszystko widział zza szklanych drzwi
nie minęło 10 min i już nic nie czułam i byłam naszykowana do cięcia i podłączona do aparatury
stała przy mnie instrumentariuszka, która wszytko mi tłumaczyła krok po kroku każdą czynność lekarzy
nic nie czułam, to znaczy czułam dotyk, ciągnięcie i szarpanie, ale było mi to zupełnie obojętne
lekarze byli bardzo wyluzowani, rozmawiali o odchudzaniu...
ja nawet też coś mówił;am, ale co to nie opamiętam...
w pewnym momencie ta babka mówi do mnie, że teraz poczuję nieprzyjemny ucisk w górze brzucha, ja się na to skrzywiłam, a ona mi odpowiedziała: " no w końcu rodzi pani dziecko!" :lol:
no fakt to był moment kiedy wyciągali dzidziusia i właściwie to był cały mój poród
Nasz kochany synek przyszedł na świat o godz 8.40 ważył 3900, 54cm, 10 pkt, w ogóle nie krzyczał
Mój R wszystko obserwował
mówił, że widział jak nacinają, potem rozciągali ten otwór - ponoć wygląda to strasznie... ja czułam tylko lekkie kołysanie, a R mi mówił, że lekarze jakby mnie rozrywali między sobą
nie wytrzymał i odwrócił się po cukierka, kiedy spojrzał z powrotem pielęgniarka juz niosła naszego synka :D
pokazali mi Małego na sekundkę jeszcze zza parawanu zanim piguła go wzięła
ryczałam jak nienormalna (ze szczęścia oczywiście)
podczas zabiegu miałam jakieś problemy z serduchem, nastąpiło spowolnienie akcji serca...
pochwalili mnie za oddychanie (przydała się do czegoś szkoła rodzenia), bo dzięki temu szybko wszystko wróciło do normy
jak mnie zszywali to w międzyczasie szczęśliwy tatuś już napawał się widokiem synka i pstrykał zdjęcia
po 15 min przewieźli mnie do mojej sali na położniczym - leżałam jak kłoda i ryczałam, R przywiózł Małego do mnie i nadal ryczałam - nie mogłam się powstrzymać
oczywiście wszystko ze szczęścia, ale nie wiedziałam, że najgorsze dopiero przede mną...]

dopóki działało znieczulenie, to wszystko było Ok
potem - masakra!
Morfina za morfiną, kroplówka za kroplówka, ja się ruszać nie mogę, a do dziecko byłam w stanie wyciągnąć tylko rękę...
do wieczora juz w pełni wróciło czucie w nogach, każdy ruch sprawiał mi ból
na noc zabrali Małego do pokoju pielęgniarek
w nocy jeszcze jakoś spałam, ale co się dziwić - morfina działała
jednak obudziłam się o 2 poczułam coś mokrego...
opatrzę a tu rozłączyły się rurki od cewnika :? całe łóżko mokre
nie byłam w stanie wydobyć z siebie na tyle silnego wołania by ktoś mnie usłyszał, więc zaczęłam pukać w szafkę, przyszła piguła, podłączyła wszystko, ale prześcieradła nie wymieniła, podłożyła tylko suchy podkład
o 6 znowu pobudka - czas mnie uruchomić!
usiadłam na łóżku i z pomocą piguły próbowałam wstać (w międzyczasie wymienili mi pościel) wstałam zgięta w pół i omal nie odleciałam
ból był tak niesamowity, że położyłam się znowu na łóżku, zacisnęłam pięści na ramie łóżka i wyłam z bólu - dosłownie
i znowu w ruch poszła morfina...
odpoczęłam chwilę, przywieźli mi dziecko - od tej pory to ja mam się nim zajmować. Po jakiś dwóch godzinach sama już siadałam na łóżku. Przyszła pielęgniarka od noworodków i kazała mi nakarmić i przewinąć dziecko. z karmienia nici (brak pokarmu, dziecko nie umiało złapać cycka), to wzięłam się za przewijanie...
wszystko byłoby ok gdyby nie to, że nie mogłam sięgnąć kremu do pupy. No więc wstałam.
A tu jak nie zaczęło ze mnie lecieć!! :shock: Mimo podkładu zaczęło mi lecieć po nogach, po piętach a ja stałam jak sparaliżowana. studentki, które akurat były u mnie w pokoju to samo. w końcu zaczęły mi podawać papier toaletowy, żeby to jakoś powstrzymać ale na nic to. Zakrwawiłam całą podłogę w pokoju i łazienkę - wszystko we krwi!
Z pomocą studentek i położnej weszłam pod prysznic tam znowu miałam odlot) i jakoś się umyłam, w międzyczasie salowa umyła podłogę
Potem się okazało, że ta od noworodków myślała, że ja już sprawna jestem i dlatego kazała mi się zając dzieckiem. No cóż... :roll: Ale przynajmniej wstałam ;) bo od tamtej pory już nie miałam z tym większych problemów
tego dnia było już coraz lepiej, już mogłam się ruszać i ból nie był taki uporczywy, chociaż nadal bolało jak cholera!
Następnego dnia czułam się już o niebo lepiej, noc spędziłam z Maluszkiem, w dzień spacerowała już po korytarzu (zgarbiona jak stara babcia)
Nastepnego dnia, 2 kwietnia wróciliśmy do domu

Ból utrzymywał sie jeszcze przez jakiś tydzień i doszły do tego potworne bóle głowy, jakich nigdy w życiu nie miałam. Leżałam i wyłam a dzieckiem zajmował się R, bo ja nie byłam w stanie...
potem już tylko lepiej

To tyle. Właściwie mało tu samego opisu porodu, a więcej tego co działo się przed i po...
ale co ja poradzę, że właściwie to nie rodziłam i nie wiem co to znaczy rodzić :roll: gdybym chociaż jeden porządny bolesny skurcz miała a tu nic...

_________________
Obrazek
Obrazek


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 

 Tytuł:
Post: pn cze 22, 2009 11:36 am 

Rejestracja: pt sie 08, 2008 8:33 pm
Posty: 509
Lokalizacja: Sosnowiec/Dąbrowa Górnicza
Termin według OM miałam na 5.04.2009 a według USG z badań prenatalnych w 12 tc na 12.04.2009. Nadszedł dzień 5.04 i nic sie nie działo :cry: na ktg małe skurcze a rozwarcie na 1,5palca, ale takie to już miałam od połowy ciaży :wink: jak wiecie 12, 13 to były Święta Wielkanocne. Więc sobie myslę z moim męże że jak do tej pory nic z porodu to dobrze by było aby mała przyszła na świat już po świętach. Mogłabym sie nacieszyć jeszcze smacznym jedzeniem bo wybieralismy sie do teściów a potem do rodziców. W nocy z 11/12.04 zaczęłam mieć skurcze, ale były jeszcze do wytrzymania i nieregulanrne. Ale zaczeły się robić takie co 15, 10 min :? Mąż mówi no to dziś rodzimy?? o 8 wstałam z łóżka i poszłam pod prysznic po nim to samo wiec mówię do męża to się ubieramy i jedziemy na śniadanie do teściów tak jak było zaplanowane bo skurcze sie nie przyspieszyły wiec to na pewno nie to. Onn przerażony i mówi ze chyba zartuję ze jedziemy do szpitala, ja no co ty po co tak wczesnie :wink: . Dla pewności dopakowałam torbę i miałam ją zabrac ze sobą na śniadanie (w razie czego) o 9 okazało się że skurcze co 5 min. Wsiadliśmy do samochodu i decyzja jedziemy na śniadanie czy do IP :shock: ...skurcz coraz bardziej bolesny...no to na IP. Nie docierało do mnie że to już się zaczyna. Telefon do teściów ze nie przyjedziemy na śniadanie żeby nie czekali :roll:
Na IP podlączyli mnie pod ktg, no skurcze wyszły ale co 6 min, rozwarcie na 2 palce wiec pielęgniarka mówi no to rodzimy dziś :D zrobiła wywiad, i kazała chodzić po korytarzu żeby przyspieszyc skurcze i rozwarcie, za pół godziny przychodzi i mówi ze zrobimy lewatywę a potem prysznic i wiejdziemy na sale porodową. Mąż caly czas był ze mną. Pielęgniarka stwierdziła ze rozwarcie się nie zwiększyło wiec zebym sie dlugo nie męczyła to podłączy mi kroplówke z oksy, ok nie ma sprawy lepiej zeby to było szybko. Leżę plackiem na łóżku skurcze coraz mocniejsze i boleśniejsze :cry: krzyżowe, mąż przy skurczu musi masować mi plecy bo nie mogłam wytrzymać. Co chwilę badanie rozwarcia i na szczęscie coraz większe. Przy kolejnym badaniu przebila mi pęcherz zrobiło mi się tak ciepło między nogami :? O godzinie 11.50 rozwarcie całe skurcze parte niby bo dla mnie róznica była taka ze nie bolało już tak w krzyżu. Mąż wychodzi bo nie chcieliśmy od początku rodzić razem. Dwie pielęgniarki trzymają mnie za nogi i na skurczu karzą przeć, tak też robię, uczycie dziwne, gdy widzą już główkę wołają lekarza, przychodzi kolejny skurcz, pre, miedzy czasie na lóżko obok przywożą kobietę której odeszły wody a to jej 5 poród :shock: wiec moze byc szybko, pielęgniarki latają wiec od niej do mnie i tak w kółko, boją się zebysmy tylko nie rodzily w tym samym czasie :shock: Na kolejnym skurczu lekarz mowi ze trzeba naciąć bo zazwyczej przy pierwszym porodzie nie da rady inaczej, uczucie dziwne takie szczypanie :cry: Po 25 min parcia czuję ze już udało mi się urodzić podnoszą dziecko nie płacze :shock: ja czemu ono nie placze :?: :?: :?: pielęgniarka klepie po plecka i mówi spokojnie zaraz zacznie ja przerazona ale na szczęscie po kilku sekundach zaczyna płakać kładzie mi na brzuszku, glasze je i nadal nie mogę uwierzyć ze to już 8) zabierają ją na badania 2630 i 52 cm 9 punktów miała zasinioną skórę na raczkach i nóżka (podobno dlatego ze była po terminie i miała już malo miejsca). lekarz przywiazuje mi nogi do łóżka i każe jeszcze trochę przeć, wychodzi łóżysko ale lekarz mówi ze nie całe :shock: trzeba czyścić :cry: słyszę nucenie mojego męża okazało się ze przywiezli mu małą i miał do niej mówić lub spiewać i tak też robił :D łza w oku mi się zakręciła. Lekarz mówi ze teraz tylko szycie zostało :cry: .Dla mnie to było najgorsze z całego porodu myślałam ze to się nie skończy. Po z szyciu pielęgniarka pomaga mi przejśc na inne łóżku i wywozi mnie na sale po porodową tak czeka mąż z malutką :D widzę że ma łzy w oczach przytula mnie i mówi jaki jest szczęśliwy. Przystawiają mi małą do piersi, ssie...leżymy tak sobie a mąż wysyła sms do wszystkich. Po dwuch godzinach przewożą nas na sale.
Poród wspominamm dobrze bardziej dał mi popalić połóg. Rana po szwie i okres przez 6 tyg.i to ze najlepiej chodzc bez majtek zeby sie wietrzyło a tu tak nie wygodnie na szczęscie wymyslili majtki jednorazowe :D
W taki to sposób w Święta przyszedł na swiat mój zajączek i całe swieta spędziłam w szpitalu :D a tego sie bałam.

_________________
Obrazek [img]


Na górę
Offline Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2

Forum ciąża

» Zdrowie Kobiety » Poród

Strefa czasowa UTC [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Przejdź do:  
Antykoncepcja - Bezpłodność - Planowanie ciąży - Objawy ciąży - Test ciążowy - Ciąża - Ciąża bliźniacza - Termin porodu - Objawy porodu - Poród - Laktacja - Niemowlę - Karmienie niemowląt - Macierzyństwo - Psychologia - Przepisy kulinarne - Uroda

Jeżeli podoba Ci się nasz serwis, poleć go innym. Wklej nasz button lub link na swojej stronie

Forum ciąża


Friends Pliki cookies forra